Być kobietą, być Muzułmanką.


Kiedy prowadzę z kimś rozmowę na temat islamu, zawsze kończy się na dwóch jego aspektach. Jednym z nich są oczywiście terroryści, który przez wielu Polaków niesłusznie traktowani są jako synonim Muzułmanów. Drugim aspektem jest rola i pozycja kobiety w kraju islamskim. Choć wiele osób twierdzi, że w męskiej hierarchii wartości Muzułmanka znajduje się na samym dole, jeszcze niżej niż koza, to mimo wszystko z roku na rok przybywa konwertytek – nawet w Polsce. Jak jest więc naprawdę? Czy rzeczywiście Muzułmanie nie szanują swoich żon i matek?

Zostać Muzułmanką nie jest trudno. Nie wymaga to skomplikowanych procedur, setek dokumentów, wizyt w urzędach i godzin modłów, zanim będzie się na to gotową. Zwykle odbywa się to w ten sposób, że przy obecności dwóch świadków trzykrotnie wypowiada się na głos Wyznanie Wiary – shehadę. Brzmi ona: „Ash hadu an la ilaaha il Allah, wa ash hadu anna Muhammadan Rasulullaah”, co znaczy: „Świadczę, że nikt nie jest warty czci prócz Boga Jedynego i świadczę że Muhammad jest Wysłannikiem Boga”. Formuła ta musi oczywiście być poparta rzeczywistymi przekonaniami, inaczej shehada jest nieważna. Po tego typu ceremonii jest się już Muzułmaninem.

Kobiety, które w Polsce przechodzą na islam, atakowane są przede wszystkim dlatego, że nie rozumieją do końca swojej „nowej” religii, nie znają realiów świata muzułmańskiego i krajów islamskich. W naszym kraju znany jest doskonale obraz arabskiej kobiety, która jest bita i poniżana. Prawda jest jednak taka, że podobne, a nawet i większe tragedie zdarzają się w rodzinach katolickich, gdzie mąż-alkoholik psychicznie i fizycznie znęca się nad swoją rodziną. Zaczynając rozważać te kwestie należy pamiętać, że kij zawsze ma dwa końce. W tym przypadku obraz szczęśliwej, muzułmańskiej rodziny jest zbyt nudny, by przedstawiać go w mediach, prasie, czy filmach. Znacznie ciekawsze jest opowiadanie historii o kobiecie oblanej kwasem, czy ukamienowanej z powodu dopuszczenia się zdrady. Świat islamu nie jest jednolity, ale nie jest też różnorodny. Rozłam na islam sunnicki, szyicki, czy charydżycki ma dziś większe znaczenie polityczne, aniżeli dogmatyczne. Choć różne są tradycje i zwyczaje, bazą i fundamentem zawsze był, jest i będzie Koran. A święte pismo muzułmańskie nakazuje mężczyznom dbać o żonę i dzieci i nakłada obowiązek utrzymania ich. Kobieta ma także prawo do rozwodu, jeśli których z tych obowiązków zostaje zaniechany (oczywiście zdobyć rozwód kobiecie jest znacznie trudniej, niż mężczyźnie). Dla wielu polskich kobiet islam staje się alternatywą wobec religii katolickiej. Twierdzą one często, że to właśnie islam najlepiej chroni kobietę, jej rodzinę, nie ogranicza żadnych praw i pozwala żyć spokojniej, poza głównym nurtem, narzucanym przez współczesność, mass media, zachodnie wzory, standardy i konwenanse. Europejka, która decyduje się na ukrycie się przed dzisiejszym światem za hidżabem to obalenie wszelkich panujących stereotypów.

Dzisiejsza sytuacja kobiety, żyjącej w bogatym kraju zatoki Perskiej różni się zdecydowanie od tego, jakie wiedzie kobieta w biednej wiosce syryjskiej. Niezależnie jednak od położenia geograficznego, Koran zrównuje pozycję kobiety i mężczyzny, szczególnie w sferze duchowej:Zaprawdę – nie zmarnuję dzieła tego, kto postępuje dobrze, czy to mężczyzny czy kobiety. Wy powstaliście przecież jedni z drugich” (3:195). W przeciwieństwie do Biblii to nie kobieta jest w głównej mierze winna wypędzeniu z raju, przez co zakończony został szczęśliwy żywot pierwszej pary w Edenie. Dla przypomnienia, to właśnie Ewa – zmanipulowana przez węża – zerwała owoc z zakazanego drzewa i dała Adamowi, czego konsekwencją było wypędzenie ich z raju. Jednak już sprawa wygląda zupełnie inaczej w życiu codziennym, na przykład w sytuacji, w której kobieta ma być świadkiem. Wedle wersetu 282 drugiej sury Koranu, świadectwo jednego mężczyzny równoważne jest świadectwu dwóch kobiet. Zdaniem uczonych islamskich podyktowane jest to predyspozycjami psychicznymi. Kobiety kierują się w znacznej mierze emocjami, są bardziej uczuciowe. Prawdą jest też, iż w Koranie wyraźnie zaznaczono, że mężczyzna zajmuje wyższą pozycję od kobiety. „Mężczyźni stoją nad kobietami ze względu na to, że Bóg dał wyższość jednym nad drugimi, i ze względu na to, że oni rozdają ze swojego majątku. Przeto cnotliwe kobiety są pokorne i zachowują w skrytości to, co zachował Bóg. I napominajcie te, których nieposłuszeństwa się boicie, pozostawiajcie je w łożach i bijcie je! A jeśli są wam posłuszne, to starajcie się nie stosować do nich przymusu. Zaprawdę, Bóg jest wzniosły, wielki!(33.50). Dla „antyislamistów” to najlepszy dowód na to, że religia ta deprecjonuje kobiety. Jednak muzułmańscy uczeni wyższość mężczyzny interpretują jednak jako siłę fizyczną, stąd właśnie obowiązek opieki i ochrony dla słabszej fizycznie kobiety. Koran uznaje ją za istotę bezbronną i potrzebującą wsparcia. Jeśli jednak Mahoment zachęcał mężczyzn do bicia tych kobiet, które są nieposłuszne mężczyźnie, skąd więc odwaga, by dokonać konwersji? Kontrowersję budzi również kwestia poligamii. Jeśli mężczyznę stać na ochronę i utrzymanie małżonki, może ich mieć nie jedną – a cztery. Zgodnie z tradycją każda z nich – emocjonalnie i materialnie – musi być traktowana na równi z innymi. Tłumaczone jest to przede wszystkim potrzebami seksualnymi mężczyzny, które są znacznie większe, niż kobiety. Jeśli mężczyźnie, który odczuwa pociąg  seksualny do więcej niż jednej kobiety, narzuci się obowiązek monogamii, może to doprowadzić do tego, dopuści się zdrady, która jest ciężkim grzechem. Zmuszanie się  do monogamii źle wpływa też na funkcjonowanie rodziny – w końcu kto chce mieć sfrustrowanego męża? Lepiej jest mu pozwolić na sypianie z kilkoma kobietami  naraz.

    W islamie kobieta powinna być odpowiedzialna za męża i rodzinę, jednym słowem – za swój dom. Nie oznacza to jednak, iż mąż zakazuje swojej żonie pracy zawodowej. Kobieta może, jeśli chce, podjąć pracę. Najczęściej jednak pracuje w domu. Wszystko dlatego, że kobiety ograniczają swoje spotkania z obcymi mężczyznami, z którymi nie są spokrewnione (ponieważ każde spotkanie z obcym mężczyzną wystawia oboje na próbę – pociąg seksualny). Stąd decyzja o tym, by porzucić karierę na rzecz rodziny. Sprawa oczywiście wygląda różnie, w zależności od miejsca zamieszkania. Europejskie Muzułmanki podejmują normalną regularną pracę, tak samo jak kobiety mieszkające w rozwiniętych krajach arabskich.

   Ważnym elementem w życiu współczesnych Muzułmanek jest ich ubiór. Charakterystyczne dla niego są przede wszystkim zakryte włosy. Przez wielu Europejczyków hidżab uważany jest za symbol niewolenia. Jednak same kobiety twierdzą wręcz odwrotnie – chusta to forma manifestacji ich wolności. Dzięki noszeniu hidżabu kobiety postrzegane są jako osoby, a nie obiekt seksualny. To także wyraz krytyki wobec eksponowania nagości w kulturze europejskiej. Ubiór kobiety jest wpisane w islamskie prawo, a sam szariat chroni kobietę przed napastowaniem, czy brakiem szacunku. Poprzez swój skromny ubiór kobieta nie prowokuje mężczyzn. Aisha, Muzułmanka żyjąca w Polsce, powiedziała mi, że kobieta w islamie jest jak diament. To ona ma zdecydować, kto może na nią patrzeć, odsłaniając przed mężem swoje ciało…

Sylwester po…


… włosku, hiszpańsku, meksykańsku? Może za rok.

http://podroze.gazeta.pl/podroze/56,114158,10878446,Sylwestrowe_przekaski_z_roznych_krajow_swiata.html

O Maroko słów kilka…


Zapach kardamonu, imbiru, cynamonu, pieczonej baraniny… Czerwone, puchate dywany, kadzidła i pomarańczowe światło, bijące od świec…

http://podroze.gazeta.pl/podroze/56,114158,10808678,Maroko_zima___ferie_imbirem_pachnace.html

Dla portalu „Podróże” Gazety Wyborczej.

O Kopenhadze słów kilka


Stolica Danii – najpiękniejsze i najbardziej klimatyczne miasto na północy Europy. Miejsce, do którego wraca się jak do domu. Miejsce, które zawsze zaskakuje czymś nowym, przy czym zachowuje swój urok i tajemniczość z czasów Andersena.

http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,9719792,Dania__Kopenhaga_w_skrocie,,ga.html

Tekst napisany dla portalu Podróże Gazety Wyborczej.

Death show


Zdjęcia pobitego, upokorzonego, a potem zastrzelonego generała Muammara Kaddafiego obiegły cały świat. Arabska telewizja Al Jazeera pokazała brudne i zakrwawione zwłoki przywódcy Libii nie zadając sobie nawet trudu, by ocenzurować sponiewierane ciało. Dzień po jego śmierci z pierwszych stron gazet na całym świecie patrzyły na czytelników zamglone oczy martwego już dyktatora.

Na popularnym YouTube pierwszą podpowiedzią, jaką sugeruje portal po wpisaniu nazwiska „Gaddafi” jest angielskie słowo „śmierć”. Film, w którym można zobaczyć dyktatora kopanego po twarzy, zakrwawionego i słaniającego się na nogach, obejrzało już ponad pięć milionów internautów. „On był odpowiedzialny za ludobójstwa, cw…l” – skomentował materiał video użytkownik „The Joshawawa”. Jak to się stało, że ludzie tak bardzo oswoili się ze śmiercią? Dlaczego śmierć nas tak bardzo ciekawi i fascynuje, że poszukujemy jej w internecie?

Śmierć na ekranie

Przygotowania do egzekucji Saddama Husseina amerykańska CNN pokazywała na swojej antenie przez kilka tygodni. Skrupulatnie przeanalizowała również ostatnie chwile  życia Husseina. Znalazła osoby, które były przy dyktatorze, gdy ten po raz ostatni – dosłownie – stracił grunt pod nogami. Można było się dowiedzieć, że był bardzo spokojny, wyglądał tak, jakby zupełnie nie bał się nadchodzącej śmierci i powtarzał ciągle „Allah akbar” („Allah jest wielki”). Aby dopełnić historię, na zakończenie każdego materiału emitowanego na antenie, pokazywano zwłoki Husseina owinięte białym płótnem.  Podobnie, jak w przypadku Kaddafiego, w serwisie YouTube filmy z wieszania dyktatora Iraku mają kilka milionów odsłon.  Zupełny brak zrozumienia przyczyn, a także konsekwencji tej egzekucji sprawił, że Hussein po śmierci stał się obiektem kpin i żartów. Jedna z parodii pod tytułem „Hussein not dead” pokazuje miejsce, które prawdopodobnie jest kostnicą. Z półmroku wyłania się po chwili lekarz, który odsłania przykryte prześcieradłem ciało mężczyzny. Widać wyraźnie posiwiałą brodę i ostre rysy twarzy, które od razu przywołują na myśl twarz zmarłego dyktatora. Jednak po kilku sekundach mężczyzna, wypudrowany na biało z podkrążonymi oczami – zrywa się z łóżka. Komentarze pod filmem również dają do myślenia: – „gdzie jest jakiś wieśniak z bronią właśnie wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny?!”- „Strzelcie mu w łeb! Strzelcie! Nie musicie nawet przeładowywać. Zrobimy to za was!”.  Każda śmierć znanego polityka, dyktatora czy władcy stawała się przez chwilę tematem numer jeden w Internecie.  Furorę do dziś robi film z rozstrzelania  Nicolae Ceauşescu – rumuńskiego dyktatora. Jednak tę egzekucję, wykonaną w 1989 roku, pokazała jeszcze tego samego dnia rumuńska telewizja publiczna. Zbliżenie na twarz martwego Ceauşescu miało utwierdzić Rumunów w przekonaniu, że egzekucja nie był sfingowana. Ale Himalaje idiotyzmu i absurdu zdobyli jednak polscy internauci po samobójstwie Andrzeja Leppera.  Lider Samoobrony w sierpniu 2011 roku powiesił się w swoim biurze. Kilka dni później do sieci trafiła „lepperówka” – papierowa torba z wizerunkiem byłego wicepremiera. Torba podnoszona do góry, zaciskała sznurek – pełniący rolę „uszu” torby – wokół szyi byłego wicepremiera. (źródło zdjęcia: http://www.chamsko.pl)

Godna śmierć

Craig Ewert chciał, by moment jego ostatniego tchnienia został sfilmowany.  59-cio letni wówczas nauczyciel informatyki od kilku lat zmagał się ze stwardnieniem zanikowym bocznym, zwanym także chorobą neuronu ruchowego. To nieuleczalna choroba, która prowadzi do paraliżu całego ciała. Ostatnim etapem choroby jest paraliż mięśni opowiadających za oddychanie… Choroba zwykle nie dotyka sfery intelektualnej człowieka, więc chory do samego końca jest świadomy tego, co się z nim dzieje. Ewert chciał odejść godnie. Nie chciał też obciążać swoją niedołężnością żony.  Prawo w większości państw europejskich zakazuje eutanazji, dlatego Brytyjczyk zdecydował się na legalne samobójstwo w jednej ze szwajcarskich klinik. Organizacja Diginitas, do której się zgłosił, pomogła już ponad 900 osobom spoza Szwajcarii. Szklanka trujących barbituranów, spopielenia ciała i odesłanie prochów do domu kosztowało żonę Craiga około trzech tysięcy funtów. W ostatnich chwilach, oprócz ukochanej żony, Craigowi towarzyszył dokumentalista – John Zaritsky. Dokument o Ewercie to cztery ostatnie dni z jego życia – przygotowania do własnej śmierci, pożegnania i ostatni pocałunek z żoną. Ostatnie, co od niej usłyszał to: „spokojnej podróży i do zobaczenia niedługo”. Chwilę później Craig  zamyka oczy i zapada w śpiączkę. Po 45 minutach lekarz stwierdza zgon. Film o jego walce o godną śmierć został wyemitowany w telewizji Sky News. Dla niektórych, okazało się to przekroczeniem barier „nieprzekraczalnych”. Nigdy wcześniej w telewizji śmierć nie była pokazana z bliska od tak intymnej strony. Film od razu wywołał burzę wokół tematu eutanazji.

Spektakl śmierci

Publiczna francuska stacja telewizyjna France2 stworzyła w 2010 roku kontrowersyjny dokument w formie teleturnieju. „Le Jeu de la mort” miał szokować, ale jednocześnie zrealizowano go po to, by potwierdzić teorię słynnego psychologa Stanleya Milgrama o posłuszeństwie wobec autorytetów.  Ten „Reality show” był jedynie przykrywką, by móc powtórzyć okryty złą sławą eksperyment doktora. Tę współczesną wersję przeprowadzono na grupie 80-ciu osób, które zgłosiły swój udział w pilotażowym odcinku teleturnieju X-treme. Zasady były proste – dobra odpowiedź na pytanie, człowiek za szybą unika porażenia prądem. Uczestnicy wierzyli, że zadają wstrząsy osobie, która siedzi na krześle elektrycznym w osobnym pomieszczeniu. Widzieli ją i słyszeli. Po każdej złej odpowiedzi na pytanie – uczestnik naciskał guzik uruchamiający wstrząsy. Z każdą kolejną złą odpowiedzią – napięcie było wyższe, a krzyki z bólu coraz głośniejsze. Po przekroczeniu dawki 360 V można było odnieść wrażenie, że rażony prądem nie żyje. Nikt jednak – ani publiczność, ani sami gracze – nie wiedzieli, że siedzący na krześle człowiek to aktor, a jego ból jest symulowany. Wynik eksperymentu zszokowałby samego Milgrama. Z osiemdziesięciu osób jedynie szesnaście zrezygnowało z zadania najwyższej kary- czyli 450 V – za złą odpowiedź. Presja ze strony publiczności, obecność kamer i prowadzącego pchnęła uczestników do przekroczenia kolejnej granicy moralności. Naukowcy teraz zastanawiają się, czy telewizja jest już w stanie zachęcić ludzi do tego, by rzeczywiście zaczęli zabijać?

O Nowym Jorku słów kilka


Piąta Aleja… Północ. Wiatr szalejący między drapaczami chmur podrywa do góry suche powietrze, zmuszając do tańca pogniecione i porozrywane strony New York Times’a. Nocny chłód pozwala w końcu odetchnąć pełną piersią. Gdzieś w oddali idzie grupka dzieciaków Ich śmiech odbija się od szklanych ścian i wraca echem. Wpadają do piwnicy jednego z szeregowych budynków, gdzie w opuszczonych korytarzach impreza trwa w najlepsze. Żółte taksówki, mimo późnej pory, pędzą gdzieś głównymi alejami. Z ulic przecinających Fifth Ave wylegają nocni, nieco zagubieni wędrowcy i nigdy niezasypiający sprzedawcy pamiątek. To miasto naprawdę nigdy nie śpi.

Grubo po północy z imprezowej piwnicy wytacza się pięcioosobowa grupa licealistów. Wszyscy głośno krzyczą, a gdzieś na drugim piętrze zapala się światło. Przez okno wychyla się zaniepokojona sąsiadka i z wyraźnym zaciekawieniem obserwuje scenę poniżej. Dwóch rosłych chłopców trzyma pod ręce szczupłą, długowłosą blondynkę. Kompletnie pijaną. Widać doskonale, że nie bardzo wiedzą, co mają z nią zrobić: odprowadzić do domu, a może po prostu zostawić obok przystanku autobusowego?

- Masz zapalniczkę? – spytał mnie jeden z chłopaków, którzy wyszli z piwnicy – nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat. Zionął owocowym winem. Przez moment obserwowałam, jak znajomi dziewczyny próbują łapać taksówkę. Każda, która zatrzymywała się koło nastolatków, po chwili odjeżdżała z piskiem opon. Nikt nie chciał wziąć na tylne siedzenie bardzo marnie wyglądającej dziewczyny, która mogłaby im zapaskudzić tapicerkę. Zdesperowani, na siłę próbowali wrzucić ją do zardzewiałego, jaskrawożółtego Forda, prowadzonego przez hinduskiego taksówkarza. Chłopak, widząc moje zakłopotanie, zaciągnął się papierosem i powiedział tonem filozofa, że tempo życia w tym mieście przekłada się na wszystkie dziedziny ich życia. Młodzi szybko dorastają, szybko żyją i w szybkim tempie… piją alkohol. – Słaba zawodniczka – dodał.


W kalejdoskopie

O Nowym Jorku mówi się, że albo się go kocha, albo nienawidzi. Tempo życia może naprawdę przytłaczać i frustrować. Mimo to, Manhattan stał się miejscem, o którym marzą młodzi ludzie na całym świecie. To miasto wciąga, uzależnia i narzuca nowy styl życia. To miejsce jest jak osobne enklawa, państwo w państwie. Anegdoty o Amerykanach, którzy nie grzeszą inteligencją, a ich ulubionym zajęciem jest popijanie słabego piwa w trakcie wyścigów Nascar tutaj są kompletnie oderwane od rzeczywistości. Tych „prawdziwych” Amerykanów jest tu po prostu niewielu. Ci, którzy nie uciekli przed gigantycznymi wzrostami czynszu oraz cen i zostali na Manhattanie, wciągnął nowojorski pęd, siłą rzeczy stali się „New Yorkersami”. Teraz bardzo ciężko jest ich odróżnić od imigrantów z Europy, których wciąż ściąga za ocean od dawna będący bajką „American Dream”. Nowy Jork stał się kulturowym tyglem. Na ulicach można usłyszeć wszystkie języki świata, spróbować każdego rodzaju kuchni i zobaczyć prawdziwe, ludowe stroje z najdalszych zakątków naszego globu. Na ulicy nikt nie odwróci się z niedowierzaniem za kimś, kto ma na sobie tradycyjne ponczo, czy za kobietą ubraną w burkę lub sari. To ważny element krajobrazu tego miasta. Prawdziwy „New Yorkers” nie da się zaszufladkować. Każdy stara się jak najbardziej eksponować swoją inność, przynależność do odrębnej kultury. Ważne jest, by pokazać, że można należeć do tej masy prawie jedenastomilionowej metropolii, ale tym samym zachowując swoją tożsamość.  I dlatego Big Apple jest jak kalejdoskop. W tym mieście codziennie można być w innej części świata. Jednego wieczoru na kolację można zjeść spaghetti alla puttanesca, czy bliny, a następnego zupę z żółwia, grillowanego węża albo pieczoną świnkę morską.

Chiński rak

Trzy ostatnie dania wyciągnięte są prosto z menu restauracji w Chinatown. Małe chińskie państewko stało się tak popularne, że zaczęło przynosić gigantyczne zyski. Ściągający zewsząd Chińczycy przestali się już mieścić w swojej dzielnicy. Z roku na rok zasiedlają uliczki sąsiadującego z Chinatown Litle Italy, połykając Włoski niegdyś matecznik, tak silnie związany ze słynnymi rodzinnymi i kulturowymi tradycjami. Spacerując wokół Canal Street można natrafić na osamotnione włoskie knajpki, z przepalonymi neonami nad wejściem, serwujące panini i szynkę parmeńską z melonem, które nie ugięły się jeszcze pod naporem czerwonych smoków i kolorowych, papierowych lampionów. Chiński superprzemysł pochłania bardzo szybko nie tylko włoski dystrykt. Sklepiki z produktami „made in china”, supermarkety z suszonymi krewetkami i grzybami mun, próbują wdzierać się na uliczki SoHo. Nie jest to takie proste, bo jej mieszkańcy nie chcą sie poddać. Założona przez holenderskich imigrantów „South of Houston” była pierwszą dzielnicą Manhattanu, która zaczęła dynamicznie się rozwijać i zachęcać do inwestowania w tym mieście. Jednak z czasem zamieniła się w biedną dzielnicę, zamieszkaną głównie przez robotników, którzy przy każdej lepszej sposobności starali się stamtąd uciekać. W XX wieku stare, zaniedbane i rozsypujące się domy nadawały się już tylko do rozbiórki. Ulice, niegdyś tętniące życiem i napędzające całą nowojorską koniunkturę – świeciły pustkami. Opustoszałe fabryki, magazyny i żeliwne budynki zaczęli jednak kupować i przekształcać w ogromne lofty artyści. Tchnęło to na tyle świeżości i życia w te uliczki, że z czasem stały się one niezwykle popularne i pożądane. Obecnie lotfy są droższe niż mieszkania na Piątej Alei. SoHo, ze swoją niską zabudową, bardziej przypomina amsterdamskie alejki – ciche, spokojne, zielone. Dlatego chińska tandeta za mocno się z tym wszystkim gryzie, kompletnie tu nie pasuje i przeszkadza… Każdy lubi kolorowe Chinatown. Można tu za osiem dolarów zjeść naprawdę dobry i syty obiad. Można tu kupić aromatyczne, orientalne przyprawy – zdecydowanie najlepsze w mieście. Ale każdy również nazywa tę chińską dzielnicę nowotworem Nowego Jorku.

Na scenie

Nowojorska szklano-betonowa dżungla to miejsce dla twardzieli. Prawdziwym chrztem bojowym jest wyjście w godzinach szczytu na Broadway. Jeśli ktoś narzekał na tłok i ścisk – chyba nigdy nie był na Broadway’u. To jeden z centralnych punktów komunikacyjnych, miejsce kilku tysięcy restauracji, barów, biur i sklepów. Jeśli ktoś mieszka na wschodniej części Manhattanu, a pracuje na zachodniej – musi minąć po drodze Broadway. Gdy wybija godzina, w której Nowojorczycy kończą pracę, ulica wyglądem przypomina mrowisko. Wszystko jest dokładnie ustalone i wymierzone. Prawa strona chodnika idzie na północ, lewa na południe, to samo po drugiej stronie ulicy. Jeśli człowiek spieszący się do domu nie wpadnie w rytm narzucany przez maszerującą masę, zostanie stratowany, zepchnięty do rynsztoku lub wciśnięty w drzwi którejś z otwartych restauracji. Ale kiedy już wejdzie w odpowiednie tempo i takt – czasem nie ma możliwości, żeby się zatrzymać, albo skręcić w boczną ulicę – pod naporem fali trzeba iść dalej, aż tłum się nieco rozrzedzi. Patrząc ze wzniesienia na ludzi przemieszczający się tą ulicą można odnieś wrażenie, że to wszystko jest jednością, kolorowym kotłem, który unosi się w górę i w dół… Broadway to najdłuższa z ulic Nowego Jorku. Sam odcinek Broadway’u na Manhattanie liczy prawie trzydzieści kilometrów. Spacer z Bronxu – północnej granicy Manhattanu – do słynnego Financial District na południowym brzegu, zająłby około siedmiu godzin. Poza tym, że Broadway w godzinach szczytu zamienia się rwącą rzekę ludzi, jest także królestwem teatru. Tych dużych scen jest tu ponad czterdzieści, a na ich deskach można zobaczyć największe gwiazdy hollywoodzkiego kina i to w każdej możliwej odsłonie: musicalu, dramacie szekspirowskim, czy komedii. Żeby poznać, czym jest sztuka aktorska warto wybrać jedną ze scen offowych. Gromadzą one tych, dla których teatr to całe życie. Ludzie, którzy tam występują, są w stanie wyciągnąć podczas jednego spektaklu wszystkie skrajne emocje. Podczas jednej sztuki widzowie śmieją się do łez, mają dreszcze przerażenia i płaczą z żalu. W końcu Broadway to mekka początkujących i marzących o sławie aktorów. To tutaj swoją karierę rozpoczynała Meryl Streep. Do dziś na scenach broadwayowskich gra Anthony Hopkins i Al Pacino.

Zielona oaza

Czasem jednak nawet prawdziwy New Yorkers może mieć dość tego tempa. Miasto zastawia wiele pułapek, które wyprowadzają z równowagi – zepsuty automat z biletami, kiedy jest się w największym pośpiechu, czy powrót nagrzanym, zatłoczonym i cuchnącym metrem, kiedy jest się zmęczonym i w marzy się o kąpieli. Jest jednak pewne miejsce, w którym zatrzymuje się czas. Ciche, jakby z innego świata, gdzie każdy może być anonimowy, pobyć sam ze sobą. Choć niektórym turystom zwiedzającym Manhattan wydaje się to nieprawdopodobne, ale można zamiast klaksonów i głośnych rozmów przechodniów usłyszeć tu śpiew ptaków. Zielone płuca Nowego Jorku – Central Park. Gwiazdor setek filmów i seriali. Miejsce uwielbiane przez artystów, miłośników joggingu, tai-chi i jogi. Podobno sam Woody Allen spaceruje tu, szukając inspiracji do nowych filmów. A jest gdzie spacerować. Cały Central Park to 340 hektarów zieleni. Jeden spacer – i mamy cały przekrój nowojorskiej społeczności. Tutaj aktorzy ćwiczą swoje role, gimnastycy układy choreograficzne, nieliczni już Hippisi z prawdziwego zdarzenia spotykają się i dyskutują nad problemem globalnego pokoju, można także spotkać medytującego mnicha buddyjskiego. Do Central Parku ściągają także fani zespołu The Beatles. Po zachodniej stronie 72nd Street, w budynku zwanym „Dakota” mieszkał John Lennon ze swoją żoną – Yoko Ono. To właśnie w tym miejscu, prawie pod samymi drzwiami frontowymi, w grudniu 1980 roku szaleniec – Mark Chapman – zastrzelił go, by zyskać sławę i rozgłos. Trafiły go cztery, z pięciu wystrzelonych kul. By oddać hołd muzykowi, po drugiej stronie ulicy, już na terenie Central Parku, stworzono „Strawberry Fields”.  Ono, która wciąż mieszka w Dakocie, widzi je z okna. Na tym skrawku terenu zawsze jest ktoś, kto właśnie przyszedł powspominać muzyka. Na mozaice z napisem „Imagine” zawsze leży świeża, czerwona róża. Choć na Truskawkowych Polach obowiązuję bezwzględny nakaz zachowania ciszy, często przychodzą tu grupki młodzieży i zaczynają nucić piosenki Beatelsów. Jest w tym miejscu coś wyjątkowego i magicznego. Każdy, kto usłyszy znaną zwrotkę z „Yesterday”, zaczyna ją mimowolnie nucić pod nosem.

Taki właśnie jest Nowy Jork. Jeśli człowiek się nim zachłyśnie, nie chce wcale wyjeżdżać. A po wyjeździe, gdziekolwiek się znajdzie, obiecuje sobie, że wróci tu jak najszybciej. Stan umysłu New Yorkersa na każdego wpływa, nawet jeśli nie chce tego głośno przyznać. Bo w głębi duszy wie i pamięta, że zawsze można – tak typowo po nowojorsku – szybciej, dłużej, dalej i więcej.

 

Anty-globalistycznie


Dziś w największej rozgłośni radiowej w Rijadzie usłyszałam reklamę Pizzy Hut.  Znana amerykańska sieciówka zapraszała mnie tandetną piosenką na fantastyczny placek z sosem pomidorowym.  Można by powiedzieć , że w reklamach jedzenia w arabskim radiu nie ma nic dziwnego – w końcu nawet we współczesnych krajach islamskich mamy do czynienia z globalizacją.  Jedyne, co mnie uderzyło, to fakt, że trwa ramadan, a spot puszczano między modlitwami do Allaha.

Said, jak na prawdziwego muzułmanina przystało, przestrzega zasad postu.  Rzeczywistość, która go otacza, przysparza jednak wiele trudności. Polska jest krajem chrześcijańskim i dość hermetycznym, jeśli chodzi o inne religie. Nie będzie też przesadą stwierdzenie, że zamknięta jest w szczególności na islam. Polskie społeczeństwo lubi kierować się stereotypami, a w tym miejscu akurat jest spore pole do popisu – lubimy na przykład muzułmanom przypinać metkę „terrorysta”. Każdy stereotyp rodzi się z niewiedzy, albo strachu przed czymś, co jest nam obce i nieznane. Dlatego Saidowi jest trudno. Na każdym kroku musi opierać się różnego rodzaju pokusom – ktoś zaprasza na kawę? Musi odmówić. Ktoś częstuje ciastkiem? Musi podziękować. Ale jest cierpliwy, nigdy nie odmawia udzielenia odpowiedzi na pytania, którymi jest zasypywany.  Doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że trudno jest zrozumieć, że człowiek może od wschodu do zachodu słońca się głodzić. Głód uczy go pokory i empatii w stosunku do tych, którym w życiu jest gorzej, uczy współczucia dla tych, którzy głód czują codziennie. Po miesięcznym ramadanie chęć pomocy takim osobom jest zdecydowanie większa. Allah go w tym wspiera, dzięki mocnej wierze jest wytrwały.

Co jednak musi czuć muzułmanin, mieszkający w Rijadzie, który o pustym żołądku właśnie jedzie do pracy i słyszy piosenkę o pizzy? Na zewnątrz jest jakieś 40⁰C, żar aż leje się z nieba, w brzuchu kiszki grają marsza, a gardło wyschło na wiór… Są dwa wyjścia – albo się złamie i coś zje, albo znienawidzi jeszcze bardziej europejskiego czy amerykańskiego innowiercę. Globalizacja i coraz dalej sięgające macki naszej cywilizacji niosą dla islamu ogromne zagrożenie. Przede wszystkim dlatego, że globalna wioska prowadzi do relatywizacji jakże odmiennej kultury wschodniej. A co za tym idzie – relatywizacji religii w ogóle. A to właśnie islam daje podstawę wszystkiemu – państwu, prawu, czy zwykłej szarej codzienności. Religia dla muzułmanów jest czynnikiem, który integruje całą społeczność.  Zachowanie własnej tożsamości jest warunkiem ich przetrwania i stabilności całego świata arabskiego. Budowanie coraz silniejszej relacji między wschodem, a zachodem mocno wpływa na istniejący w krajach islamu model społeczny. Ze zderzenia dwóch zupełnie innych, czasem nawet sprzecznych cywilizacji często rodzą się konflikty.  Z drugiej jednak strony kultura zachodnia pochłania wszystko, co napotka na swojej drodze.  Konsumpcjonizm, lekki styl bycia, tempo – zupełnie nowe style życia, które coraz więcej muzułmanów przyjmuje w swoim życiu za wiodące. Przez to dawne kontrasty i różnice stają się coraz mniejsze. Funkcjonowanie obok zachodniej cywilizacji sprawia, że muzułmanie coraz częściej zapominają, jakie wartości są dla nich najważniejsze. W Europie muzułmanin już stał się społecznym marginesem – wystarczy przytoczyć tu wprowadzenie zakazu noszenia chust zakrywających twarz. Prawda jest taka, że wyznawca islamu w naszym świecie nigdy nie znajdzie sobie miejsca. Z kolei nasz świat zaczyna go osaczać z każdej strony. Na przykład w ten sposób, że podczas ramadanu w radiu słyszy się piosenkę zachęcającą do jedzenia europejskiego fast-fooda. Czy w ten sposób sami muzułmanie chcą się chronić przed naszym światem? Czy właśnie dlatego nienawiść do zachodniego świata jest tak pielęgnowana?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.